Jak wypadły przetargi na usługi leśne w 2010 r.? Czy stawki są niższe czy wyższe od ubiegłorocznych? Zapytaliśmy o to przedstawicieli Stowarzyszenia Przedsiębiorców Leśnych ze wschodniej, centralnej i zachodniej Polski.
– Generalnie LP nie obniżały stawek w stosunku do roku 2009 – mówi Jan Kubiak, prezes zarządu głównego Stowarzyszenia Przedsiębiorców Leśnych. –Takie było założenie, zrealizowane w 90%. Oczywiście, były wyjątki. Jednak mimo wszystko w podstawowych działach gospodarki leśnej LP przeznaczają ciągle zbyt mało pieniędzy.
Problemem tegorocznych przetargów było obniżanie stawek przez same firmy leśne. Wiele firm walczyło o prace do upadłego. Jak? Obniżając stawki. Na szczęście, są rejony, gdzie stawki na usługi leśne utrzymują się na przyzwoitym poziomie.
Kto obniżał stawki? Zwykle, jak mówi prezes Kubiak, firmy słabe, albo te, które spłacają kupione maszyny i mają nóż na gardle. Albo będą pracować i spłacać raty leasingowe, albo stracą maszyny.
– Lasy muszą powiedzieć, jakich firm leśnych oczekują – mówi Kubiak. Dużych, profesjonalnych, ze sprzętem i fachową kadrą, czy malutkich, bez specjalistycznych maszyn i z ludźmi zatrudnionymi na czarno.
Teraz bywa, jak mówi Kubiak, że jedynym kryterium udziału w przetargu na prace leśne jest dysponowanie ciągnikiem rolniczym i pilarką. Takie kryteria może spełnić niemal każdy z ulicy!
Zdarza się, że przedsiębiorca leśny, będący właścicielem dużej firmy, przegrał przetarg i jest podwykonawcą u mniej profesjonalnego kolegi. Bo kolega dał w przetargu niską stawkę.
W przetargach na usługi leśne nie działa mechanizm rażąco niskiej ceny. SPL wyliczył, że przy założeniu ośmioprocentowego zysku dla firmy stawka za roboczogodzinę powinna wynosić w pracach leśnych 20,17 zł.
– Mogą tu być wahania, 2–3 procent w górę lub w dół. Ale jeśli ktoś chce pracować za dużo mniej, to jest to już cena rażąco niska – mówi Kubiak. – Bo albo nadleśnictwo źle obliczyło wartość zamówienia przeznaczyło na jego realizację zbyt dużo pieniędzy, albo przedsiębiorca startujący w przetargu zbyt obniżył cenę swojej oferty i zastosował cenę dumpingową.
– Prawo zamówień publicznych działa w LP po zbójecku – mówi Kubiak.
Ciągle nie zostało rozpowszechnione w Polsce licencjonowanie firm leśnych.
– Licencje nie miały ograniczać konkurencji, ale spowodować, by zule miały zachętę do podwyższania, lub choćby nie zaniżania, poziomu świadczonych usług – mówi Kubiak.
O ile nic się nie zmieni, dobre firmy leśne mogą teraz upadać – przestrzega prezes SPL.
Podobnego zdania jest Marek Piotrowski, szef zielonogórskiego oddziału SPL-u. – W tym roku zaczną się upadki firm, bo LP działają na zasadzie: byle taniej. Ostatnie przetargi to katastrofa – mówi.
Czy LP przeznaczają zbyt małe kwoty na realizację zadań objętych przetargami Zdaniem Piotrowskiego trudno to dokładnie ocenić, bo nadleśnictwa nie udostępniają szczegółowych wyliczeń. Znana jest tylko ostateczna kwota całego zamówienia.
Prezes zielonogórskiego oddziału SPL-u potwierdza, że stawki były w tym roku na poziomie ubiegłorocznych. Bywały wyjątki, np. w Bytnicy była kilkuprocentowa obniżka, ale tam stawki były dość wysokie. Poza tym zule mają tam wieloletnie umowy ramowe. – Daj Boże, by wszyscy takie mieli – mówi Piotrowski.
Konkurencja wśród zuli była ogromna. Na niektóre pakiety startowało kilkunastu przedsiębiorców. Efekt? Na przykład w nadleśnictwie Nowa Sól nadleśnictwo chciało przeznaczyć na pakiet maszynowego pozyskania i zrywki drewna w trzebieży 243 tys. zł. Ale znalazł się przedsiębiorca, który zaproponował 144 tys. i przetarg wygrał. – To powinno być potraktowane jako rażąco niska cena. Tym bardziej, że te 243 tys. to już była kwota zaniżona. Wychodziło z niej mniej więcej 150 zł za godzinę pracy harwestera i 100 zł za forwardera – mówi Piotrowski.
Jakie są stawki w Zielonej Górze w 2010 r.? Około 12–13 zł w pozyskaniu i 10 zł w hodowli. Małe zule „szły po bandzie” obniżając stawki nawet o 20–40 procent!
– Mamy sygnały, że w jednym z nadleśnictw po przetargach zostało w kasie 1,5 mln zł – mówi zielonogórski prezes SPL-u. Jeśli to prawda, i podobne oszczędności poczyniły inne nadleśnictwa, to LP w tym roku nieźle zarobiły na zulach. Czy może raczej zule same dały na sobie zarobić.
Dlaczego tak się stało? – Mamy w zielonogórskim zbyt wiele maszyn. Jest tu już około 20 harwesterów, forwadrerów znacznie więcej – mówi Piotrowski. – Do tego dochodzi rozbijanie przez nadleśnictwa większych pakietów na mniejsze. Wracamy do roweru i pilarki!
A jak jest po drugiej stronie Polski, w Białymstoku? – Zule zaniżyły stawki, to nie ulega wątpliwości. Ale zmusiły nas do tego LP, zmniejszając wielkość pakietów – mówi Dariusz Jarząbek, prezes białostockiego oddziału SPL-u.
Przykład? Nadleśnictwa Pisz i Maskulińskie poprzednio miały pakiety wielkości całych nadleśnictw, w tym roku pakiety były wielkości 2–3 leśnictw. Wcześniej na duże pakiety startowały konsorcja 2–3 dużych firm, teraz mogły się załapać także mniejsi.
Do tego nadleśnictwo Masku-lińskie ma własne maszyny. – One wykonują najlepsze zadania. Tymczasem okoliczne zule mają ok. sześciu dużych maszyn, które kupiły wcześniej niż nadleśnictwo – mówi Jarząbek.
A LP obniżyły jeszcze środki przeznaczane na wykonanie prac leśnych. Bywa więc, że zule robią pozyskanie ze zrywką za 27 zł.
– Sytuacja jest dramatyczna – podsumowuje Jarząbek.
Rafał Jajor
Najciekawsze wypowiedzi zostaną opublikowane na łamach Drwala.