Mimo że od zakończenia II wojny światowej minęło już ponad 60 lat, wiele nadleśnictw wciąż boryka się z problemem militarnych śmieci. Wojenna spuścizna ujawnia się w trakcie prac zrębowych, albo podczas cięcia w tartaku. Bywa, że robi się gorąco…
W niewielkim muzeum we wsi Zdbice niedaleko Wałcza można obejrzeć ekspozycję pt. „Las świadkiem walk o Wał Pomorski”. W okolicy, w lutym 1945 r. toczyły się zacięte walki żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego z broniącymi linii Wału Pomorskiego Niemcami.
Najciekawsza część wystawy przedstawia uszkodzone drzewa. Prezentowane są tu wycięte fragmenty (głównie sosen) z bliznami (uszkodzenia powierzchni, dziury, narośle) – powstałymi po trafieniu przez pocisk lub szrapnel. Są też takie, w których utkwiły odłamki lub kule.
Ciekawostką jest wrośnięty w sosnę pocisk większego kalibru. Dawniej był tu także niezwykle osobliwy eksponat – karabin Mauser zespolony z pniem. Przeniesiono go do Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.
Pomysłodawcami i założycielami tego obiektu byli pracownicy Lasów Państwowych. Początkowo – znajdowane podczas robót leśnych eksponaty – gromadzono na poddaszu nadleśnictwa. W latach 70. przeniesiono je do budynku, w którym znajdują się do dziś. Znaleziska, będące dziś ciekawostką dla turystów, były przekleństwem tutejszych leśników i tartaczników. I są nim do dziś…
Iskry się sypią
Nie tak dawno przekonali się o tym pracownicy zula z okolic Złotowa.
– W czasie prac jeden z pilarzy odcinał konary powalonej sosny. Nagle posypały się iskry.
Andrzej Solak
Gdy przyjrzał się bliżej, mina mu zrzedła. W widełkach między konarem a pniem tkwił mocno już wrośnięty granat, jak potem stwierdzili saperzy F-1, pozostałość z czasów II wojny światowej. Najpewniej ktoś pozostawił go tu w trakcie działań wojennych i tak sobie leżał. Nietypową szyszkę przy pomocy siekiery wyjął żołnierz. Zrobił to po upewnieniu się, że nie ma zapalnika. Strach pomyśleć, co by było, gdyby żelastwo było uzbrojone, a piła dotknęłaby zapalnika! – opowiada Andrzej Solak, strażnik leśny w Nadleśnictwie Płytnica.
W tym samym rejonie w czasie prac zrębowych znaleziono niewybuch moździerzowy, który utkwił w koronie. Swój lot „do celu” zakończył kilkadziesiąt lat później wraz z drzewem, które zostało powalone. Dopiero wówczas go dostrzeżono. Na szczęście i tym razem nie zadziałał, bo mogłoby się to skończyć fatalnie.
Złotowska gazeta „Aktualności Lokalne” opisała wiszący na sośnie pocisk moździerzowy, na który natrafiono kilkadziesiąt metrów od ruchliwej trasy E-22 w Lędyczku w gminie Okonek. Nad sposobem usunięcia niewypału głowili się specjaliści z Powiatowego Zespołu Kryzysowego w Złotowie.
Żaden z okolicznych zuli nie zgodził się na wycięcie drzewa – to że pocisk nie wybuchł przez tyle lat, nie znaczyło, że nie może się tak stać podczas ścinki. Ostatecznie saperzy zdetonowali pocisk na miejscu. Wymagało to czasowego zamknięcia ruchliwej drogi.
Poległa niejedna piła
– Podobne znaleziska zdarzają się teraz rzadziej, najczęściej są to mniejsze ciała obce w postaci szrapneli, głównie z pocisków artyleryjskich. Często niezauważalne gołym okiem, bo głęboko wrośnięte, powodują uszkodzenia narzędzi w procesie obróbki drewna. Ich rozmiary są różne – od małych, powiedzmy wielkości, śrutu aż po duże – wielkości pięści – mówi Kazimierz Wiśniewski z tartaku Klon w Jastrowiu.
Bywały lata, że prawie na każdym zrębie trafiały się liczne odłamki. Jeden z tartaków w Jastrowiu, dziś już nieistniejący, miał ich całkiem pokaźną kolekcję. – Sam widziałem – wspomina Solak. – Można by z tego niezłą wystawę w muzeum urządzić – dodaje ze śmiechem.
Na dowód w muzeum w Zdbicy umieszczono wyszczerbione piły traków z tamtych lat. Gdyby dziś problem istniał na taką skalę, żaden tartak nie chciałby przyjąć tego surowca, a jeśli nawet, to kończyłoby się to licznymi reklamacjami, czy nawet wnioskami o odszkodowanie.
– Piły taśmowe w zetknięciu z metalem straszliwie się niszczą, a niektóre wręcz pękają i są do wyrzucenia – mówi jeden z pracowników tartaku w Wałczu.
– Czasami taniej wyjdzie kupić dobry detektor metali, niż kilka razy dziennie zatrzymywać silniki po 90 kW i wymieniać piły – dodaje.
Wykrywacz, który pokaże kawałki metalu w dłużycach o średnicy ok. 1 m, to koszt ok. 2 tys. złotych. Tańsze, amatorskie wykrywarki nie zlokalizują ciała obcego, jeśli będzie się ono znajdowało po przeciwnej stronie pnia, czyli w odległości ponad pół metra.
Aby mieć pewność, że w kłodzie nie utkwiło żadne żelastwo należy wykrywaczem sprawdzić sztukę z jednej strony, po czym obrócić ją o 180°stopni i sprawdzić jeszcze raz. Strata czasu i energii…
Popoligonowy problem
Kazimierz Wiśniewski uważa, że dziś więcej problemów stwarza surowiec przywożony z okolic Gdańska czy Gryfina, niż ten z miejscowych lasów, w których toczyły się walki o Wał Pomorski.
– W tamtych rejonach także prowadzone były intensywne działania wojenne. Natomiast na naszym obszarze postrzelane drzewa zdarzają się obecnie głównie na terenach byłych poligonów, jak choćby zlikwidowanego niedawno ośrodka ćwiczeń wojsk zmechanizowanych pod Okonkiem. Najwięcej kłopotu sprawiają te partie, które rosły za strzelnicami. Nie dysponujemy jednak wykrywaczem metali i ryzykujemy – zaznacza Wiśniewski.
Wojciech Sacha
Treny popoligonowe to dziś zmartwienie wielu nadleśnictw. Problem pojawił się w latach 90. XX wieku, gdy tereny wojskowe masowo przechodziły w cywilne ręce. Bardzo często administracja przekazywała je Lasom Państwowym. Nic więc dziwnego, że drewno wciąż „piszczy”, a właściciele tartaków szukają sposobów jak uniknąć strat.
Andrzej Solak, który również prywatnie interesuje się powojennymi skarbami, zabiera nas do miejsca zwanego „Przesmyk Morzyca”. Tu w 1945 r. toczyły się krwawe walki o przełamanie Wału Pomorskiego. W pobliżu dużego żelbetowego schronu rosną strzeliste sosny, które dobrze pamiętają tamte wydarzenia. Strażnik ocenia ich wiek na około 120 lat.
Wśród często spotykanych tu drzew noszących standardowe ślady postrzeleń, jedno wyróżnia się szczególnie. Na wysokości kilkunastu metrów, tuż pod koroną, wystaje z niego ogromna metalowa szyna. Wyrwana eksplozją ze struktury bunkra wbiła się w pień zrastając się z nim na dobre.
Gdybyśmy ścięli ten oddział, to w tartaku znów przypomnieliby sobie dawne czasy, gdy iskry się sypały – zauważa Solak.
Ziemia też piszczy
– Na terenie Nadleśnictwa Płytnica większy problem sprawiają dziś nie odłamki, a całe pociski i inne potencjalnie wybuchowe niespodzianki, które wciąż w nieznanej ilości zalegają w lasach naszego terenu – mówi inżynier nadzoru z Płytnicy Wojciech Sacha. – W niektórych miejscach żelastwa jest tak dużo, że musieliśmy ustawić tablice informujące o niebezpieczeństwie związanym z niewybuchami. Nietrudno się domyśleć, że rozminowywanie powierzchni podnosi znacznie koszt użytkowania lasu.
– Pamiętam, jak w trakcie zalesień, na już zaoranym polu jeden z pracowników uderzył koszturem w pocisk – opowiada Sacha – Wówczas zdecydowałem, aby przerwać pracę. Zulowcy nie byli oczywiście zadowoleni. Wojsko przyjechało na drugi dzień, czyli dość prędko. Mają obowiązek zneutralizować zagrożenie do 72 godzin od zgłoszenia.
Rozminowanie terenu w przypadku, gdy jest podejrzenie, że coś może tkwić w ziemi, ale nie wiadomo dokładnie gdzie, przeprowadzane jest odpłatnie. Prywatne koncesjonowane firmy, a także saperzy, liczą sobie od 2,5 do 5 tys. za hektar, czasem nawet drożej. Biorą wówczas odpowiedzialność za wszystko, co znajduje się do głębokości 80 cm. Jeśli brakuje funduszy, a czas goni, można wynająć po dużo niższych kosztach poszukiwaczy – hobbystów.
– Na naszym terenie ich nie brakuje – zaznacza inżynier nadzoru. – Przy pomocy wykrywaczy wskażą, chociaż potencjalnie niebezpieczne miejsca, co zwiększy bezpieczeństwo pracy. To jest jedynie półśrodek, bo gwarancji w tym wypadku nikt nie daje. Mamy w tym względzie jeszcze wiele do zrobienia, bo czekają kolejne nieprzeszukane powierzchnie.
Dominika Skonieczna
Daniel Klawczyński
Najciekawsze wypowiedzi zostaną opublikowane na łamach Drwala.